Spotkania

Spotkanie z Katarzyną Zachtej

Katarzyna Zachtej foto: M.Badura

Niewielka pracownia na piętrze prywatnego domu, rozświetlona słonecznym światłem wpadającym przez dachowe świetliki. Płótna poukładane równo pod ścianą. Laptop na niewielkim biurku i na przeciwko sztaluga, obok której miejsce znalazł taboret z kubkami na pędzle i paleta z kolorowymi plamami wykorzystywanych akurat farb. Nieopodal  komoda ze skarbami pani Kasi, na której m.in. stoi ikona z wizerunkiem Salvadora Dali otulonego płatkami złota. W otwartej przestrzeni przed pracownią niewielki stolik i fotele – miejsce konwersacji…

 

Mirosława Badura – Skąd pomysł na flirt ze sztuką. Wiem, że nie jest to Pani wyuczony zawód…

Katarzyna Zachtej – Fakt jestem czynnym zawodowo chemikiem, pracującym w przemyśle. Trudno jednak mówić o flircie ze sztuką, bo moje  zakochanie w sztuce trwa już ponad 30 lat. Swój pierwszy obraz namalowałam w wieku 7 lat, a pierwsze farby olejne dostałam od chrzestnego w podstawówce i w latach, gdy chodziłam do szkoły namalowałam kilkanaście obrazów. Część z nich jeszcze do dzisiaj mam. Faktem jest jednak, że od kilku lat to miłość ta rozkwita ponownie i na pewno pełniejszej formie.

MB – Czy wiąże się to z podjętymi studiami podyplomowymi z malarstwa w wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych?

KZ – Tak, ale studia to nie tylko spełnienie marzeń, ale również pragmatyka… Czasem, przez niektórych ludzi granice między malarstwem akademickim („wyuczonym”), a tak zwanym amatorskim, mimo iż nie są widoczne w pracach, stawiane są bardzo ostro. A ja chcę swoje prace pokazywać, wysyłać na konkursy… dawać innym odrobinę siebie, odrobinę radości…

MB – Jest Pani osobą pełną radości i entuzjazmu?

KZ – Myślę, że tak… mogą świadczyć o tym kolory moich obrazów – one zawsze we mnie były i to jest ta część „miłości”, której jestem w stu procentach pewna.

MB – Wróćmy jednak do Pani studiów. Wiem, że są osoby w szczególny sposób za to „odpowiedzialne”?

KZ – Zgadza się. Pierwszą „winną” jest Ewa Pilarz, która zabrała mnie na zajęcia pana Piotra Naliwajko w chorzowskim MDK Batory. Drugim winowajcą jest sam pan Piotr, wspaniały pedagog, który w swojej pracowni przesiąkniętej zapachem farb, stwarza cudowną atmosferę twórczych wyzwań, zadań, nowych dróg, po których on jest przewodnikiem. Właśnie w pracowni pana Piotra zaczęła się moja przygoda z akwarelą. Natomiast na studiach trafiłam na bardzo dobrych dydaktyków. Widzę, że pod okiem profesora Stanisława Kortyki rozwijam skrzydła. Profesor  nie narzuca mi swojego stylu, tylko chce wydobyć ze mnie jak najwięcej. Pomimo iż nauka od jakiegoś czasu jest realizowana zdalnie, to wiem, że studia na wrocławskiej ASP to był strzał w dziesiątkę.

MB –  Zatem jeżeli już pojawiła się akwarela, jedna z Pani technik malarskich i wiem, że większość obrazów to akryle, a w ramach projektu „40i4” prezentowała Pani również kolaże – to czy jest coś, jakaś technika plastyczna, która jest Pani najbliższa?

KZ – Na obecną chwilę chyba kolaże…chociaż nie. Obecna chwila to ta, w której tworzę daną pracę i oddaje się wtedy jej całym sercem. Cieszę się, że innym podoba się, to co robię, jednym akryle, innym kolaże, jeszcze innym moja jedyna ikona (ta dziwna, bo nie święta, a z Salvadorem Dali)… Wiem, że ciągle chcę się uczyć, doskonalić warsztat i próbować czegoś nowego. Mam nadzieję, że kończąca się pandemia pozwoli mi na podjęcie we Wrocławiu prób ze szkłem.

MB – Proszę jeszcze o odpowiedź jak udaje się Pani spełniać jako artysta w trudnym okresie pandemii?

KZ – Przede wszystkim brakuje mi ludzi. Brak mi bezpośredniego kontaktu ze znajomymi, przyjaciółmi, osobami z wrocławskich studiów. Podobnie jest z wystawami – mimo, że działam dość sporo w Internecie, w mediach społecznościowych, że nauczyłam się tam w ciekawy sposób prezentować swoje prace, to nigdy te formy nie zastąpią bezpośredniego kontaktu artysta – odbiorca sztuki. Dlatego jest mi żal, że nie udało się m.in. zrealizować wystawy w obiekcie Wieże KWK Polska. Bardzo brak mi rozmów w czasie wernisaży, emocji rysujących się na twarzach oglądających moje obrazy…

MB – I jeszcze ostatnie już pytanie – jak to się dzieje, że Pani prace pojawiają się poza granicami kraju w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Słowenii…

KZ – Muszę przyznać, że wyszukuję informacje o konkursach i jeżeli moja twórczość wpisuje się w ich założenia regulaminowe, tworzę i wysyłam swoje prace. Super jeżeli ktoś je dostrzeże – no i na razie kilka razy się udało… w 2019 zdobyłam swoją pierwszą nagrodę w  konkursie malarskim w USA, jako jedyna osoba z Europy, a dosłownie tydzień temu dostałam się z moją  akwarelą na biennale akwareli Castra 2021 do Słoweni, oraz do półfinału konkursu in the Wild w Stradford upon Avon i… Ciągle próbuję

MB – No właśnie… mieliśmy okazję spotkać się po raz pierwszy pod koniec 2019 roku i wtedy otrzymałem od Pani piękny kalendarz prezentujący Pani prace w różnych miejscach Śląska.

KZ – Jestem dumna z tego, że jestem Ślązaczką i należę do kilku stowarzyszeń artystów na Śląsku Stowarzyszenia Artystycznego Faun-Art oraz Barw Śląska. Dlatego też fotografuję moje obrazy właśnie tu. Chciałabym, żeby Śląsk był Mekką młodych artystów, a miasta takie jak Bytom czy Katowice były chętnie odwiedzane przez koneserów sztuki. Ważnym miejscem dla artystów stają się również Wieże KWK Polska. Moim skrytym marzeniem jest własna galeria na Nikiszowcu i myślę, że jestem na dobrej drodze, żeby go spełnić.

MB – Życzę tego z całego serca. Serdecznie dziękuję za rozmowę i z niecierpliwością oczekuję kolejnych prac w projekcie „40i4”.


Zostaw komentarz