Spotkania

Spotkanie z Katarzyną Janotą

Jedna z kamienic w centrum Katowic. Pięknie odnowiona klatka schodowa. Otwierane kolejne szklane drzwi… i jestem w niewielkim studio, fragmencie niegdysiejszego mieszkania o czym świadczy piękny kaflowy piec i duże okna zapraszające do środka słońce. Zapadam się w fotel naprzeciw kobiety, której szczery uśmiech, podkreśla czerń boho sukni dopełniającej całość design’u wnętrza.

 

 

 

Mirosław Badura – Pani Kasiu co spowodowało, że dziewczyna z gór szuka swojego miejsca na Ziemi tutaj w Katowicach?

Katarzyna Janota – właściwie nie szukam, tak to się wszystko poukładało i trwa. Pochodzę z Żywiecczyzny. Dorastałam w Rycerce. Tam, pośród gór, pod lasem jest mój dom, tam też mieszka moja rodzina. To jest absolutnie wyjątkowe dla mnie miejsce, do którego często wracam, miejsce napakowane wspomnieniami. Więc wybór góry czy morze jest oczywisty:) Natomiast Katowice pojawiły się wraz ze studiami a później pracą. Teraz to też miejsce gdzie mam bliskie mi osoby i gdzie mogę się rozwijać. Co dalej będzie, zobaczymy:)

MB – Czyli życie studenckie w akademiku?…

KJ – Raczej dojazdy do Katowic, czasem wstając przed czwartą rano, witając świt już w pociągu. Fajni ludzie, fajny czas, ciekawe doświadczenie.

MB – Odebrała wtedy Pani jednak inne wykształcenie, nie związane z fotografią?

KJ – Zgadza się, administracyjne:) Niemniej fotografowanie – jako pasja – było ze mną i we mnie przed studiami, w trakcie i po studiach, czasami zaniedbywane. Przygoda zaczęła się od fotografii analogowej i taty FEDa, kolekcji płyt CD pn. Interaktywna Szkoła Fotografowania National Geographic, szwendania się z przyjaciółmi po galeriach fotograficznych, z czasem pojawiła się analogowa lustrzanka Pentax MZ-50 – takie sobie początki.

MB – Czy to znaczy, że ciemnia to Pani żywioł?

KJ – Nie miałam ciemni. Domyślam się, że mogą to być magiczne chwile, gdy wywoływacz wyczarowuje zaklinaną wcześniej rzeczywistość, niemniej z oczywistych względów wolę odprawiać te „czary” za pomocą programów komputerowych, jeśli jest taka potrzeba.

MB – Wracając do nomenklatury medycznej – zarażonych czasem trawi gorączka, paraliżująca działania, prowadząca z czasem do obezwładniającej choroby. Czy tak jest z Pani fotografią?

KJ – Haha, no może nie aż tak. Niemniej jest to absolutne czas kiedy przepadam, totalne zatracenie, zawieszenie i taaaa refleksja i przyznanie przed sobą samym, jak ważną rolę pełni w moim życiu owa pasja. Wtedy wyzwoleniem staje się wewnętrzne „przyzwolenie” na samorealizację, danie temu duuuużo przestrzeni…

MB – Czy ten stan wiąże się z jakimś konkretnym momentem w Pani życiu?

KJ – Na pewno pojawienie się Poli – mojej córki, było momentem, który wymusił zatrzymanie, czas, gdy zaczęłam się zastanawiać nad sensem gonitwy, w której uczestniczę. Nagle wartości zaczęły się układać zupełnie w innej kolejności, niektóre wypadły, wskoczyły nowe. Czas gdy pojawiły się pytania – te z trudniejszych – o siebie.

MB – Czy tej refleksji towarzyszyła również fotografia?

KJ – No tak, to we mnie siedzi i się przypomina:). Dlatego też tak mnie pochłania, wychodzę na godzinę i mijają trzy, a mnie jeszcze nie ma.  Kocham wschody słońca, zwłaszcza w górach. Chwile, gdy oklejone rosą motyle prześwietlane są przez pierwsze promienie. Potrafię wtedy zrobić kilkadziesiąt zdjęć… i tylko później rodzi się problem, które jest tym jedynym…

MB – Pani Kasiu czy zatem fotografia przyrodnicza, krajobrazowa jest Pani najbliższa – jest tą jedyną, ukochaną?

KJ – Jest mi bliska i ważna, ale dzisiaj powiedziałabym fotografia emocjonalna. I oczywiście jest to na tyle szerokie pojęcie, że pomieścimy również plenery, ale przede wszystkim wiąże się w dużej mierze z ludźmi. Uwielbiam portrety te naturalne, bez wystudiowanego pozowania, pokazujące prawdziwe piękno człowieka. Czasem trochę podpatrzone,  pokazujące wnętrze. Zresztą myślę, że my sami też lubimy takich siebie oglądać – prawdziwych. Więc tym mocniej się cieszę, że to właśnie jedno z moich zdjęć portretowych „Jutrzenka” zostało wybrane i zawiśnie w październiku na biennale fotografii światowej 9.Foto Art Festiwal im. Andrzeja Batury w Bielsku – Białej, w ramach wystawy FotoOpen.

MB – Zatem bliskie Pani będą prawdy pana Antoniego Kreisa, że fotografuje głowa, a nie aparat, który jest jedynie narzędziem fotografującego.

KJ – Głowa, oko, wnętrze… absolutnie tak. Pan Antoni jest wielkim autorytetem. Jego olbrzymie doświadczenie i kulturowa interdyscyplinarność, otwierają horyzonty. Jego wiedza i równocześnie dystans, również do siebie samego i swoich dzieł, pozwalają uwierzyć w siebie, dają pozytywnego, bardzo „energetycznego kopa”. On również uczy, że fotografia to nasze postrzeganie świata i nie ważne jak widzą go inni. Jestem bardzo wdzięczna, że mogę uczyć się tajników fotografii od najlepszych nauczyciel – artystów Związku Polskich Artystów Fotografików Okręg Śląski, zresztą, tym samym spełniając swoje marzenie sprzed lat.

MB – To jeszcze na koniec… Katarzyna Janota i ashtanga joga…

KJ – Tak, myślę, że to będzie przyjaźń na lata. W zeszłym roku trafiłam pod skrzydła wspaniałej nauczycielki Ani Sowińskiej z katowickiej szkoły Jogadom i tak sobie płyniemy. Cudowni, inspirujący ludzie i duużo dobra dla ciała i dla ducha.

MB – Dziękuję za rozmowę.


Zostaw komentarz