Spotkania

Spotkanie z Barbarą Lewandowską

Sławków to niewielkie 7 tysięczne miasto o bogatych tradycjach, z ciekawym kościołem, rynkiem i słynną karczmą osadzoną w jednym jego rogu, obecnie niestety zamkniętą, czekającą na nowych właścicieli. Spotykam tam p. Barbarę Lewandowską, przysłowiowo z dziada pradziada sławkowiankę… szczycąca się swoimi korzeniami i to o dziwo męskimi, która wspomina z rozrzewnieniem stolarski warsztat, znajdujący się obecnie w jej przydomowej szopie, a przekazany przez jej dziadka jej ojcu, urodzonemu w dniu wybuchu drugiej wojny światowej. Pani Basia zabiera mnie na spacer, w czasie którego na dłuższą chwilę zatrzymujemy się w muzeum regionalnym, gdzie dowiaduję się o biskupiej historii miasta, której kulminacją zdaje się być konflikt biskupa Jana Muskaty z Władysławem Łokietkiem, o Republice Sławkowskiej z 1905 r. oraz o obecności w Sławkowie Władysława Sikorskiego i Legionów Polskich w 1915 r. Trochę później, przy małej czarnej, rozpoczynamy rozmowę…

 

Mirosław Badura – Pani Barbaro w Pani twórczości pojawia się i fotografia i malarstwo, co było pierwsze?

Barbara Lewandowska – (śmiech) Prościej będzie Basiu. W ogóle pierwsze to był sport. Bo niektórzy tak mają, że jak coś robią, to robią całymi sobą, podporządkowując wszystko pod cel, który chcą osiągnąć… bo tedy robi się to naprawdę, całym sercem. Jako bardzo młoda osoba związana byłam z karate Kyoku-shin-kai,  byłam w kadrze Polski, zdobyłam mistrzostwo Polski, byłam instruktorem i nawet prowadziłam swój klub. Wszystko niestety przerwała choroba…

MB – Czyżby zatem sztuka stała się pewnym antidotum po utracie kontaktu ze sportem?

BL – Trochę tak. Początkowo malarstwo wypełniło tę pustkę po sporcie, ale z biegiem czasu szala coraz mocniej przechyla się w stronę fotografii. Dziś zdecydowanie częściej sięgam po aparat (zwłaszcza ten w telefonie) niż po pędzel. Może dlatego, że ten pierwszy siłą rzeczy jest zawsze pod ręką…

MB – Jeżeli chodzi o fotografię, to nie jest Pani takim totalnym amatorem…

BL – Zgadza się. Ukończyłam Szkołę Fotografii „Fotoedukacja”,a promotorem mojej pracy dyplomowej była p. Beata Mendrek – dusza człowiek z głową w przecudny sposób otwartą na fotografię. W tej chwili jestem kandydatem do ZPAFu i jestem w trakcie realizacji swoich projektów…

MB – Proszę zatem uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić przynajmniej jeden.

BL – Ponieważ pandemia trochę zamknęła nas w domach, a ja bardzo dużo gotuję, to postanowiłam zrobić swój kulinarny diariusz, pamiętnik publikowany na facebook’u. Nie wychodząc z domu, dbając o rodzinę, mogę fotografować, czyli robić to, co jest trochę odskocznią od trudnej codzienności. Nie jest to jednak typowa fotografia kulinarna, nie jest to fotografia katalogowa, gdzie wszystko jest dopracowane, ładne, pięknie wystylizowane… Jedną ręką robię coś na patelni, a drugą fotografuję, przez co zdjęcia są rozmazane, jakieś krzywe, ale i autentyczne. Teraz tylko zastanawiam się jak to wszystko przenieść na papier, aby zaprezentować to przed komisją w Warszawie… bo przecież sens projektu zawiera się również w facebook’owych relacjach, w komentarzach pod poszczególnymi zdjęciami.

MB – Pani Basiu z powyższych słów, jak i z faktu jak się Pani prezentuje w projekcie „40i4” przebija wielki dystans do swojej osoby. Jest Pani osobą bardzo pogodną mimo wielu bardzo trudnych chwil…

BL – Ktoś przecież to musi ogarnąć…  Trzeba samemu być pozytywnym i budującym, aby przenosić to na innych ludzi. Czasem bywa tak, że spraw trudnych przybywa, a nie ubywa i człowiek przez to ciągle nie ma czasu… Czasem człowiek myśli, że gorzej nie może być, a tu budzi się następnego dnia i jest jeszcze gorzej. Takie sytuacje i słynne powiedzenie „Nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być gorzej”, nauczyły mnie, że trzeba się cieszyć z tego, co się ma dzisiaj, teraz, a nie czekać na jutro…

MB – Czy jest w fotografii, w ogóle w sztuce, coś co Panią w szczególny sposób pociąga? Natura, krajobraz, człowiek, portret?…

BL – Jestem taką osobą nieokreśloną obejmującą więcej rzeczy, nie mam swojej specjalizacji. Uważam, że jeżeli ktoś wybiera sobie wąską specjalizację, zamyka się w jakieś dziedzinie, w jakimś typie fotografii jest mu może nawet łatwiej… Mnie ukochały i kształtują trudności. Może dlatego jeżeli miałabym cokolwiek wybrać to chyba reportaż i dokument, który dla mnie jest czymś co jest „reportażem przesuniętym w czasie”, fotografią pokazującą zmiany w czasie,… Reportaż realizowany „tu i teraz” opiera się dla mnie przede wszystkim na relacji z ludźmi, gdzie czasem trzeba być na tyle operatywnym, aby szybko reagować, aby nie dostać w pysk i gdzie są chwile, że trzeba umieć przeprosić i wręcz pokazać, że skasowało się najpiękniejsze zdjęcie…

MB – Wydaje mi się jednak, że taka sytuacja nie dotyczy Pani, gdyż Pani bardzo szybko nawiązuje pozytywne relacje z ludźmi…

BL – Miło mi, że Pan mnie tak postrzega. Może coś w tym jest? Zdarzyły się takie miejsca, gdzie nikt nie wszedł, a ja weszłam. Z ludźmi trzeba rozmawiać, czasem opowiedzieć im o sobie, a na pewno powiedzieć im dzień dobry. Trzeba być samemu pozytywnym i otwartym, wtedy przenosi się to na innych ludzi… Do człowieka wraca to, co daje innym.

MB – A projekt „40i4”…

BL – Fajnie, że jest. Muszę się przyznać, że rozpoczęłam go z tak wielką energią, a teraz czwartek i już jest kolejny czwartek… i kolejny. Czas tak galopuje, że nie potrafię nadążyć. Zdarza się, że nadchodzi czwartek i jestem tak, zmęczona, ze nie mam siły wysłać panu pracy. Zasypiam i wysyłam ją w piątek rano. Dużo nam już nie zostało, więc do końca projektu trzeba walczyć (śmiech)

MB – Pani Basiu ma Pani za sobą kilka wystaw, kilka zdobytych nagród i wyróżnień. Co sprawiło Pani jako artystce największą radość?

BL – Wydaje mi się, że dla artysty jest najfajniej, jak ktoś zachwyci się pracą, zdjęciem i nie skojarzy go z osobą. Dobrze być anonimowym i usłyszeć od innych, którzy zachwycają się naszą pracą „A dlaczego ja tego zdjęcia nie zrobiłem…”. Przynajmniej ja tak mam. To dla mnie największa nagroda.

MB – Rozumiem, że fotografia to odskocznia od codzienności, czasem takie zanurzenie się przynajmniej na chwilę w inny świat, a malarstwo?

BL – Malarstwo to taka medytacja, na którą muszę mieć czas. Ca prawda nie mam pracowni, ale mam taką wiatkę, obsadzoną kwiatami, gdzie malując w każdej chwili mogę sięgnąć po jakąś malinkę, truskawkę czy poziomkę, gdzie popołudniami jest piękne światło… a i farby nikomu nie śmierdzą… Tylko muszę mieć czas. Tak więc może za jakąś chwilę… zwłaszcza, że mąż zaczął robić mi pracownię.

MB – Pani Basiu dziękuję za miłą rozmowę i życzę dużo sił i słońca, również tego dającego dobre światło w fotografii i malarstwie.

*czas tak szybko minął, że jako ilustracją muszę posłużyć się autoportretem p. Basi (ja nie zrobiłem żadnego zdjęcia)


Zostaw komentarz